Od kilku dni zbierałem się żeby napisać tu o śnie, który nie dawał mi spokoju. Mimo że trzymam się zębami mocno ziemi, to jednak miałem wrażenie, że było w nim coś profetycznego.
Bo śnił mi się Profesor, który opieprzając mnie za spóźnienie na zebranie katedry, dowalił mi jeszcze, że musi mnie ostro zdyscyplinować. W tym celu zarządził cotygodniowe spotkania z rozliczaniem w postępach doktoratu.
Dzisiaj siedziałem w pociągu powrotnym do Krakowa i już prawie zabierałem się do pisania blotki, gdy za szybą drzwi do przedziału kątem oka uchwyciłem zaglądającą do środka postać. Zanim się zorientowałem, drzwi się rozsunęły i stanął nade mną nie kto inny jak Profesor. Z uśmiechem od ucha do ucha przywitał karcąco: Aaaa, więc tu Pana w końcu dopadłem!
Bo ostatni raz się widzieliśmy jakoś ponad rok temu gdy udało mi się spłodzić rozdział i od tamtego czasu unikałem tematu.
Powiedziałem mu o śnie. Porozmawialiśmy też o życiu i innych rzeczach, zaś konkluzja była taka, że część z tych rzeczy mam opisać i pchnąć do druku. I mam się stawić na zebraniu katedry, które jest ... jutro.
Śniło mi się że byliśmy na Dolnym Śląsku, w jakiejś pięknej górzystej i mocno zalesionej okolicy i było już trzeba wracać do Krakowa. Bee pojechał samochodem, a ja miałem wracać na rowerze z przyczepką. Na tej przyczepce wiozłem konia, a dokładniej klacz. Była piękna, spokojna, ale w jakiś tam sposób nielegalna. Więc wiozłem ją na tej przyczepce i nachodziły mnie wątpliwości czy uciągnę ją pod górę, co my z nią zrobimy w Krakowie, że to odpowiedzialność i zobowiązanie, a z drugiej strony przepiękne i ufne zwierzę. I nawet przyszło mi do głowy w tym śnie, że to trochę absurdalne, że ciągnę na rowerze zwierzę pociągowe i że warto w tym celu odświeżyć bloga.
*
Śniło mi się też dzisiaj, że byliśmy gdzieś w piaszczystej okolicy. Kopnąłem jakąś łachę odsłaniając przy tym uszykowane już do zimy mrowisko. W mrowisku były dziwne mrówki, wielkie, z taką dwudzielną głową, tzn. składającą się żuwaczek i dwóch guzów na niej. Nie wiem w jaki sposób, ale wyczułem, że te mrówki mają do mnie wielki żal, a mi było okrutnie głupio.
*
Wczoraj mi się śnił mój standardowy sen, że byliśmy gdzieś na wakacjach, gdzie było tak błogo, że aż straciliśmy poczucie czasu. Było tam ciepłe morze na które szło się przez wydmy. Ale nagle okazało się, że czas dobiegł końca i nie mamy jak zwolnić kwatery w terminie, bo trzy pokoje były kompletnie zawalone naszymi rzeczami.
Podanie numeru stacjonarnego to już ponoć obraza.
Wyłączenie komórki to powód do fochów.
Że mam to w d...., bo nie lubię jak inni dysponują moim czasem, to nie nowość.
Z tych samych powodów nie lubię skype'a.
I jestem znany z tego, że dzwoniący telefon nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Ale jest jeszcze coś, co mnie zadziwia - czwarty raz już dostaję od klienta z urzędu, który siedzi dwadzieścia parę lat, list z prośbą o wysłanie karty telegrosika 10 zł, żeby mógł do mnie dzwonić o dowolnej porze.
Oczywiście poprzednie trzy razy odpisywałem, żeby pisał, lub dzwonił na stacjonarny za swoje.
Czy to ja jestem dziwny?
Byłem dzisiaj na posiedzeniu w sprawie o wydanie tytułu wykonawczego w miejsce utraconego. Z grubsza chodzi o to, że jest taki papier na podstawie którego komornik prowadzi egzekucję i w oryginale co do zasady istnieje jeden, a jeśli chce się drugiego, to trzeba sądowi wyjaśnić, po co mi drugi, albo przekonać sąd, że papier zginął.
Więc papier taki zginął, najprawdopodobniej w czasie remotu kancelarii. Ale trzeba było to jakoś udowodnić, zatem zeznawał pracownik kancelarii, że papier był u mnie w szufladzie, a po remoncie go już nie było.
Traf chciał, że jako sędzia orzekała moja była szefowa z zupełnie innej pracy sprzed lat.
Wniosek uwzględniła, a na uzasadnienie powiedziała tylko jedno zdanie, z trudem tłumiąc uśmiech, że "Sąd daje wiarę, że Pan Mecenas miał w biurku nieporządek" :>
byliśmy na plaży, nad Bałtykiem, przynajmniej tak wyglądała. Tam, wokół jakiegoś drewnianego budynku na palach, z bardzo długą i wąską werandą stacjonowało wędrowne zoo. Gdy przechodziliśmy tamtędy, gryzła się żyrafa z lamą i nagle puściła drewniana palisada, zza której wylała się cała zwierzyna, trzymana razem, bez żadnych osobnych wybiegów. Jakoś się nie bałem. Pamiętam jeszcze, że potem wnosiliśmy z Bee po drabinie do budki na słupie takie malutkie puchate sowy.
*
Dawno nie byłem na Bałtykiem. Jakieś 6 lat. Trochę mi się tęskni.
Dzisiaj w nocy aż bałem się zasypiać po każdej porcji snów.
Śniło mi się, że Bee kupił nam piętrowe łóżko - my na dole, a góra dla gości.
Albo że odkryliśmy na Kieleckiej drugą garderobę, ale większą, zapełnioną pudłami z papierem, którym okazały się potem nie wiadomo po co i przez kogo wydrukowane moje służbowe maile.
Albo że ciągle wylewała nam wanna i w ogóle taka wielka powódź była, że aż potop, apokalipsa jakaś. Uciekaliśmy przed nią statkiem całym zalanym falami.
Przeprowadzka się skończyła, ale widać, że jeszcze nie w mojej głowie.
Pobudka 3.50.
4.15 zamówiona taksówka stoi za bramą. Naciskam klamkę i nic - zamknięta. Ciecia nie ma w budce, pewnie śpi gdzieś. Szarpię za klamkę parę razy, ale to bez sensu, wiec stawiam teczkę na murku i przymierzam się. Taksiarz wychodzi z auta i łapie moją teczkę, a ja, cały wyfraczony, przeskakuję przez płot.
Na peronie ludzie ze skrzydełkami modraszków. Bardzo to sympatyczne, ale mam jednak cichą nadzieję, że nie jadą tam gdzie ja, bo ja jadę bronić budowy na Ruczaju.
Jadę z modraszkami tramwajem na Mazowsze. Tramwajem marki Pesa. W betonu stolicy, modraszki ze skrzydłami pod pachą poszły pieszo. Na szczęście w przeciwnym kierunku. Uff.
Strasbourg jakoś nie zachwycił. Te wszystkie przeszklone instytucje europejskie wyglądają groteskowo w mieście wyglądającym jak DDR-owska pipidówa. I co to za francuskie miasto, gdzie o 20 nie ma żywego ducha na ulicy. Na plus można zaliczyć im futurystyczne tramwaje.
Fajniejsze było Annecy, do którego zawsze mnie ciągnęło, krążyłem wokół, ale jakoś nigdy nie było po drodze. Pięknie położone nad rzeką wypływającą ze sporego jeziora u podnóża ogromnej góry. Niestety w upalny weekend pełne było turystów i pstrokacizny. Jednak było warto zahaczyć, choćby dla prawdziwego sabaudzkiego fondue.
Pierwszy raz w życiu pomyślałem o tym, żeby przyjechać kiedyś do Szwajcarii nie towarzysko, nie służbowo czy naukowo, tylko turystycznie i to nie na narty, tylko w lecie. Mijana po drodze tzw. "Szwajcarska Riwiera" niedaleko Fryburga zrobiła spore wrażenie. Może jakoś przemógłbym swój wstręt, który Bee niedawno pomógł mi zdefiniować jako skierowany do małych bogatych krajów.
Na miejscu przeznaczenia, na przeciwległym w stosunku do Awinionu brzegu Rodanu mamy fajny domek niemal na szczycie wzgórza sąsiadującego ze wzgórkiem na którym rozłożył się przyjemnie ascetyczny w formie Fort St. Andre. Na fort skierowane jest panoramiczne okno.
Hasłem wakacji, jak na razie, jest cytat z "Allo, allo": "tutaj jest Francja, tutaj nikogo nic nie dziwi". Staraliśmy się więc nie dziwić gdy kobieta od której mieliśmy odebrać klucze do domu poinstruowała nas telefonicznie pod którą wycieraczką możemy je znaleźć i gdy przyjechała swoim różowym VW Transporterem pomalowanym w kwiatki złożyć u nas w garażu na przechowanie świeżo wypraną pościel. Jak wyjaśniła - to tylko jest w stanie uchronić ją przed jej kotem mającym upodobanie w wylegiwaniu się na świeżo wypranej bieliźnie. Staraliśmy się nie dziwić podróżniczemu smrodkowi zabranego autostopowicza, który wracał właśnie stopem z Maroka do swojej wioski za Awinionem i po drodze pracował jako parobek w Andaluzji. Tylko lekko uchylaliśmy okna. On nam spisał na odwrocie wizytówki Bee to, co według niego jest najfajniejsze w jego rodzinnych stronach i też starał się nie dziwić naszemu pytaniu o gołe plaże, choć zakłopotanie bardzo trudno mu było zamaskować. KIerowcy nie dziwią się gdy jeżdzimy pod prąd rowerami i wtryniamy się im przed maski na skrzyżowaniach. Ustępują miejsca, zatrzymują się, żeby przepuścić.
Rozpracowujemy naszą wioskę, wiemy w której bramie handlują najlepszymi czereśniami, gdzie jest najtańszy ale pijalny cydr, w której piekarni pracują najsympatyczniejsze kobiety i gdzie kupować oliwę.
Awinion, choć gdy mieszkałem w nim 10 lat temu wydawał się być mieściną, teraz jest trochę za duży. Nie dlatego że urósł w międzyczasie, tylko dlatego, że od tamtego czasu nauczyłem się, że we Francji najfajniejsze są zadupia :-)
Trzy księżniczki nudziły się w Awinionie, więc postanowiły zażyć kąpieli u stóp pradawnego Pont du Gard. Ale że wszystkie trzy były krakowiankami, to na miejscu wizja zapłaty 15 euro pobudziła ich kreatywność. Wróciły się nieco, porzuciły samochód w krzakach i poszły na przechadzkę lasem, a potem brzegiem rzeki. Droga nieco już zaczęła nużyć, rzeki nie było widać. Gdy po zmianie azymutu pojawiła się rzeka, przeszkadzały kamyczki pod japonkami. Niestety to nie był koniec nieszczęść, bo kamyczki się skończyły, brzeg stał się stromy i trzeba było zanurzyć nogi w rzece, a woda była zimna. I tak brodziły księżniczki, najpierw po kostki, potem po kolana, potem jeszcze trzeba było podciągać nogawki. Po jakimś czasie trasa stała już w miarę przewidywalna, bo rzeka płynęła w litej skale i szło się jak po stopniach. Do momentu gdy ta na przedzie zobaczyła węża, a wąż zobaczył ją i schował się w szczelinie wystawiając tylko nos z wody. Ominęły więc węża, potem drugiego i wyszły z wody bo warunki sprzyjały i weszły na teren kempingu. W dali już widniał Pont du Gard, ale na drodze stanęło ogrodzenie. Poszły więc wzdłuż niego i wzdłuż niego się sporo wróciły. Ale dotarły całe szczęśliwe na miejsce i same już nie wiedziały, czy cieszyły je bardziej okoliczności przyrody, starożytności, kąpiele wodne i słoneczne, czy fakt zaoszczędzenia 15 euro. Teraz siedzą całe purpurowe, bo kremy z filtrami zostawiły w samochodzie.
Tak się akurat złożyło, że w TV5 Monde leci "Zabiłem moją matkę" i za drugim podejściem ciocia Dolan nie jest aż tak bardzo irytująca (BTW, ktoś wie co to za kawałek leci w czasie malowania gabinetu agencji reklamowej? Bo fajny).
Bee padł biedak w ubraniu na łóżko, ja weny na pracę już nie mam, więc dokończę opowiadanie o tym co nam się udało zobaczyć na festiwalu.
Po pierwszej lesbotraumie bilety na żeńskie filmy spisaliśmy na straty. A co do reszty, to było różnie.
Pod Prąd - chyba mój faworyt. O biseksie i geju z ... Peru. W tamtej poetyce i realiach. Fabuła oparta na pomyśle, który w naszym kręgu kulturowym by nie przeszedł, zostałby obśmiany jako ultranaiwny. Ale tam wyszło ciekawie, naturalnie i lirycznie. Bardzo ładny film.
We Were Here. Dokument o wymieraniu Castro w San Francisco na AIDS. Gdzie po idylli wolnego seksu lat. 70., w kolejnej dekadzie wszyscy nagle zaczęli padać jak muchy i umierać w ciągu kilku dni od tego, gdy spostrzegli że coś jest nie tak. Zrobiony prosto. Kilka koleżanek w średnim wieku, z różnych kast, opowiada co im się przytrafiło tego czasu i ich bliskim, ilustrowane wycinkami z prasy i zdjęciami. Przed filmem myślałem "oesu, jakiś straszny film o umieraniu", ale wciągnął. Zapewne lektura obowiązkowa dla działaczek.
Zabiłem moją matkę. Wcześniej nie widzieliśmy, a w tej chwili oglądam drugi raz. Przyznaję się bez bicia że miałem pierwotnie napisać coś w ten deseń: "może to i nie najgorsze kino, ale niestety niezbyt zajmujące". Ale zmieniłem zdanie. To raczej ja mam problem bo denerwuje mnie Dolan. Może się przekonam, może on wydorośleje albo skupi się na reżyserce. Bo pomysły to on ma.
Czarna lista. Kiepsko zrobiony dokument o tym jak bratanica wypytuje o swojego homowujka prześladowanego za czasów dyktatury w Paragwaju. Przeraźliwie nudne i szarobure. Jedyne co wyniosłem to to, że raczej nie chciałbym tam pojechać.
Dźwięki ciszy. Tu też mam problem. Bo trochę się wynudziliśmy, trochę chyba nie zrozumieliśmy, ale trudno odmówić filmowi uroku. Stosownie do tytułu film jest bardzo cichy, subtelny, niewiele się mówi, wszystko ma jakieś znaczenie, a pod koniec fabuła porusza się już tyloma alternatywnymi odnogami, że trudno się połapać. Ale warto.
Poza tym jesteśmy zarobieni, zabiegani, załatwiamy multum spraw związanych z mieszkaniem, a za tydzień na wakacje.
Geje są wszędzie. W duńskiej armii i wśród duńskich neofaszystów też. Tyle że ucieczka koleżanki z armii do łysych była kiepskim pomysłem. A ucieczka od łysych z poznanym tam chłopakiem to plan niewykonalny. Za to można było nakręcić o tym film i wyszło naprawdę intrygująco. Zwłaszcza sceny zbliżeń. Muzyka też niczego sobie (Bee się szczególnie spodobała).To takie duńskie Brokeback Mountain tyle że podkręcone na maksa. I jeden z tych filmów, które się podobają, głęboko zapadają w pamięć, ale drugi raz by się ich oglądać nie chciało.
Diferente
Z drugiego filmu wyszliśmy w połowie. Zapewne we frankistowskiej Hiszpanii nakręcenie czegoś takiego było nie lada wyczynem.
Na tyle na ile widzieliśmy:
Wyglądało to trochę jakby do hiszpańskiego gara wlać popłuczyny po Ameryce lat. 50., podgrzać, wymieszać i podać widzowi. Nie wiem czy poza filmoznawcami ktoś to jest w stanie oglądać z własnej woli.
Dwa tygodnie temu wpadły nam w ręce ulotki o festiwalu więc wychodząc z filmu zahaczyliśmy o kasę i nabyliśmy bilety na wszystkie seanse zaklepując sobie na stałe dwa środkowe miejsca w ostatnim rzędzie.
I wczoraj zaczęło się.
Na pierwszym filmie, czymś tam o niemieckich lesbijkach, nie byliśmy z przyczyn organizacyjno-technicznych. Bee wracał ze stolca, ja z odległej dzielnicy i brakło czasu.
Więc może zamiast o tym na czym nie byliśmy napiszę krótko o czym byliśmy 2 tygodnie temu.
Miss Kicki
Zachwalali że to taki film w klimacie Ellinga, ale to nieprawda. Bo Elling był uroczo niepozbierany. Tu mamy niezbyt radośnie niepozbieraną kobietę - matkę dorastającego syna i dopiero po wyjściu z kina zdałem sobie sprawę jak świetnie została zagrana tytułowa rola - wszystkie te emocje, które sprawiały pewną niewygodę w głowie zostały zagrane lekkimi ruchami kącików ust, spojrzeniami. Bo to film o dobrych chęciach i braku umiejętności dogadywania się. Do filmu był jeszcze w bonusie jakiś polski krótki metraż, ale miłościwie już o nim zapomniałem.
Gigola
Festiwal zaczęliśmy od innego filmu o lesbijkach - tym razem francuskich w paryskich dekoracjach z lat 60. Płytkie to, płaskie, a morał taki, że wystarczy założyć spodnie, żeby wygodnie żyć z innych lesbijek. Do tego nigdy nie widzialem tak brzydko pokazanego Paryża.
A lesbijki na sali mają dziwną przypadłość polegającą na tym, że im która dalej od wejście ma miejsce, tym bardziej się spóźnia. Niektóre były rosłe, przez co w trakcie wchodzenia i podrywania na nogi całego rzędu skutecznie konkurowały z fabułą. Do tego w fotelach przede mną rozsiadły się dwie najwyższe, w dodatku z fantazyjnymi koafiurami, więc poćwiczyłem szyję.
Nie ma to jak w wielki piątek wybyczyć się w godzinach pracy na gołej plaży a potem pójść do kina na absurdalną komedię, gdy w multipleksie poza obsługą jest w sumie 6 osób.
"Nieściszalni" może nie są objawieniem, ale jakimś tam powiewem świeżości na pewno. Grają Szwedzi w Szwecji a za technikalia odpowiadają Francuzi. Miejscami można popłakać się ze śmiechu - na początku, gdy z pędzącej furgonetki muzycy obrzucają policyjny pościg bębnami, albo gdy pierdolnięci muzycy grają na pacjencie w szpitalu (niczego nie koloryzuję), albo gdy wpadają w kominiarkach do banku i polecają klienteli siedzieć na dupach, bo "to jest koncert i będziecie naszą publicznością" po czym graja m.in. na niszczarce wkładając do niej banknoty. Do tego cały film jest bardzo rytmiczny i nogi same chodzą. Końcówka się trochę nie lepi, co jednak nie zatruwa bardzo pozytywnego wrażenia. Swoją drogą, musi im się tam niemożebnie nudzić w tym dobrobycie, skoro są w stanie wymyśleć tak absurdalny rodzaj buntu.
Po tym filmie i po takim np. "Wejściu przez sklep z pamiątkami" można mieć jeszcze nadzieję, że nie jest z kinem tak źle i czasem ktoś wymyśli coś nowego, fajnego.
A nawet gdyby już z kinem było bardzo źle, to zawsze zostają głupawe seriale, które z niewytłumaczalnych względów chce się oglądać. Wczoraj wieczorem spadłem z łóżka w konwulsjach, gdy w "Allo, Allo" Herr Flick przebrany za księdza kazał grzesznicy pójść do domu i odmówić 100 razy "Heil Hitler".
Śniło mi się, że Awinion jest nad morzem. Ale to już był koniec urlopu i nazajutrz mieliśmy wyjeżdżać, tylko nie mamy jak się spakować. Bo jakimś cudem przyjechaliśmy tam z meblami, pralkami, lodówkami a nie było tego jak wywieźć. I przez dwa tygodnie ani razu nie byliśmy na mieście. Więc poszliśmy do Christiana (w realu mój ex). Na miejscu okazało się, że Christian mieszka z mamą, która komplementuje Bee i to po polsku. W dodatku rozwodzi się nad tym, że ona z Poznania (choć w realu rodzice Christiana są z Vichy). A potem opowiedziałem ten sen Bee. A jeszcze później zdałem sobie sprawę, że przecież śpię i Bee śpi obok więc nic mu nie powiedziałem, tylko śniło mi się to opowiadanie. A potem jeszcze naprawdę się obudziłem i po wstępnym ziewaniu opowiedziałem Bee o tym że opowiadałem mu we śnie sen.
Śniło mi się dzisiaj że kupiliśmy w markecie budowlanym muszlę klozetową w promocji. Promocja polegała na tym, że muszla była obwiązana folią bokiem z kartonem zawierającym sześć butelek jakiegoś dobrego, mocno wytrawnego czerwonego wina. Wcale nas to nie raziło, kupiło nas to. Potem sen przeskoczył kilka miesięcy naprzód, gdy okazało się, że fachowiec spaprał robotę i nie podłączył wogóle odpływu z tej muszli. I staliśmy nad nią jak wryci, bo nie wiedzieliśmy, co się działo z tym co do niej trafiało.
Przyznaję się bez bicia, że polecieliśmy na obrazek. A dokładniej na tego po prawej.
Film to historyjka o dwóch homobraciach którzy się kochają bardzo pod każdym względem. Tak się kochają przez cały film, że na nic innego nie ma miejsca. Nic się nie dzieje, kapie lukier i dłużą się udrapowane pozy. Muzykę zrobił im jakiś pianista, któremu najprawdopodobniej nie doniesiono kawy, choć słychać, że bardzo był w potrzebie. Z plusów to to, że to nie amerykańszczyzna i czasem pokażą sisiora.
Ale niewiele to pomogło filmowi. Nawet ten po prawej tylko z profilu da się oglądać, bo en face szczerzy się jak półgłówek.
Jednym słowem: dramat. Niestety rozgrywa się nie na ekranie, ale na widowni.
Nie mogę się pozbyć z głowy tego kawałka. W samochodzie leci w kółko, a na skrzyżowaniach współoczekujący na zielone dyskretnie zezują na moją pląsawicę. W ogóle nowe Radiohead wpada w ucho jakoś bardziej niż ostatnie dwie płyty. Do tego to zaskoczenie - Tom Yorke umie się ruszać. Miejscami.
Za to nowa PJ Harvey jakoś do mnie nie trafia. Może dlatego, że poprzednia płyta była świetna i jeszcze mi się nie zesłuchała. Może też dlatego że warstwa liryczna zupełnie do mnie nie trafia.
*
Dzisiaj w piurze wchodzi koleś do szatni, wyjmuje z plecaka koszulkę na ramiączkach, po czym ... odpala żelazko, prasuje ją, wkłada i idzie ćwiczyć.
Po nim przychodzi inny. Włochaty, przysadzisty borsuk, a na koszulce ma wypisane dziecinnym pismem "mów mi Misiu". I logo Endo.
*
Jeśli Sołszialnetłerk dostanie choć jednego oskara, to ... jak co roku żachnę się tylko nad głupotą jurorów.
Wczoraj w RERze jechaliśmy z "męskim" sobowtórem m.
Koleżanki chodzą parami, i z reguły sparowane są też ciuchami, jedynie w butach objawiając swe indywidua. Hetero stanowią zdecydowaną mniejszość. Na wyprzedaży w BHV rewia mody to bardziej niż na wieszakach, jest na przeszklonych schodach ruchomych, gdzie suną zastygłe na chwilę księżniczki z wszelkich bajek.
Nie wychodzimy poza Marais. A jeśli już to na drugą stronę rzeki do księgarni gdzie spotykam znajomego profesora i kupuję książkę innego znajomego profesora.
Bee bardzo chciał i zobaczyć ten film i to koniecznie na bardzo dużym ekranie, bo kocha Portmanową.
Przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje - ot, historyjka o wrażliwej baletnicy, która ma problem, bo jej szef chce ją przelecieć. Potem się rozkręca, bo baletnica zaczyna wariować. Pojawiają się sceny tak sugestywne, że parę razy widownia w kinie zbiorowo podskakuje w fotelach. Estetycznie też - nie powiem - całkiem, całkiem.
Wiadomo, że Portmanowa baletnicą nie jest, więc dublerkę kręcili zamazaną z oddali, względnie pokazywali same nogi. Portmanowa filmowana jest od pępka w górę jak sunie z rękami utrefionymi na ballerinę. I trochę śmiechu było, gdy wyobraziłem sobie jak to kręcili, że ona na dole, poniżej tych tiuli, po prostu szła po planie w dżinsach.
Ale nie, bo zepsuję, film naprawdę dobry. Najbardziej zachwycone będą pancerne lesby gustujące w delikatnych dziewczątkach.
Z innych dobrych filmów ostatnio widzianych, to polecamy Wejście przez sklep z pamiątkami. Ubaw przedni.
Z gorszych - Wyśnione miłości. Kupa straszna: koleś zakochał się w heteryku, miał z tym problem i zrobił film. Tylko talentu brakło. Mnie z kolei bawiło to, że generalnie był brzydki, ale w konfuzję wpadałem w niedogolonych scenach.
Francja ma świetną ligę rugby, co pewnie średnio by mnie obchodziło, gdyby nie wydawane od 10 lat kalendarze "Les Dieux du stade". Stadionowi twardziele mizdrzą się w nich do obiektywów ku uciesze i podniecie mniej zainteresowanych sportem. Inkasują przy tym dla siebie po 5000 Euro za fotkę, a lwia część zysku idzie na cele charytatywne. Wszyscy są zachwyceni.
Z czasem do rugbystów zaczęli dołączać lekkoatleci a liczba sprzedanych rocznie egzemplarzy wzrosła do 200 tysięcy. Jak ciepłe bułeczki schodzą też DVD "Dieux du stade: Le making of du calendrier". Osobiście jeszcze bardziej je lubię za to "Le".
Oh, Pari, Pari ... jeszcze tylko nieco ponad miesiąc.
Każdy ma swoje poglądy, doświadczenia, każdy podejmuje decyzję sam.
Jeśli o mnie chodzi, to z prof. Majchrowskim przez ponad 3 lata pracowałem w bezpośredniej styczności i wiem, że nie jest to zły prezydent. Urząd działa jako-tako, udało się spacyfikować wybijające się na udzielne księstwa jednostki w rodzaju ZCK, ZBK czy ZiKITu. Zwłaszcza po przymusowym odejściu niesławnego Jana Tajstera, który ogląda teraz świat przez kratki i jego serdecznej koleżanki A. Rybakiezy-Ralskiej.
J. Majchrowski jest mistrzem pozakulisowych gier, dogadywania się w celu utrzymania status quo. Status quo to w ogóle jego drugie imię. Mało kto pamięta, że w poprzedniej kadencji rządził głównie dzięki układowi z silną wówczas w radzie miasta LPR.
Jednak trzeba pamiętać kto trzymał Tajstera na stołku, protegował go do samego końca pomimo postawienia zarzutów karnych po ewidentnej wtopie "szklanej środy" gdy na pół dnia stanęło całe miasto. Kto trzyma wyjątkowo nieudolną Panią Dyrektor Piątkowską odpowiedzialną za rozwój miasta. Kto scedował wszelkie kwestie związane z komunikacją i infrastrukturą na wiceprezydenta Trzmiela, którego metodyka pracy nie zmieniła się od kilkudziesięciu lat.
Kilka lat minęło, ale pamiętamy przecież ile czasu stało rozkopane Rondo Mogilskie bez jakichkolwiek prac i jakie kompromitacje towarzyszyły wyłanianiu wykonawców. Że pierwotny oferent odrzucony na rzecz Turków z Guris finalnie dokończył inwestycję gdy Turcy po prostu porzucili plac budowy, ale za
wielokrotność wynagrodzenia, jakie pierwotnie przedstawił w odrzuconej ofercie. Że utopiono setki milionów złotych z miejskiej kasy w dwóch stadionach położonych obok siebie, tylko dlatego że Majchrowski bał się narazić jednym lub drugim kibolom. A jak sie patrzy na to, co rośnie przy wiślackiej stronie Błoń, to zbiera się na wymioty. Że to leseferyzm Majchrowskiego legł u podstaw spieprzenia remontu Małego Rynku (sławne trzy schodki kończące podjazd dla niepełnosprawnych) i okrutnej
tryskającej kpiny z estetyki na Rynku Głównym. Już pod koniec poprzedniej kadencji miała być gotowa sala kongresowa przy Rondzie Grunwaldzkim i hala widowisko-sportowa w Czyżynach, tramwajem na Ruczaj mieliśmy jeździć od co najmniej dwóch lat.
Co do Hali w Czyżynach - mamy jak na razie dwupasmówkę jako dojazd na tyły prywatnej posesji.
Oczywiście J. Majchrowski zawsze zwalał niepowodzenia na Radę Miasta a Rada Miasta na Majchrowskiego.
Wystarczy się przejechać do Wrocławia czy (ciężko mi to przechodzi przez
palce) Warszawy, żeby naocznie przekonać się czego nie ma Kraków, a co
mógłby mieć gdyby nie olewano za Majchrowskiego przedsiębiorców, kultury
i organizacji pozarządowych.
Kracika znam stąd, że miałem okazję dogrywać kilka umów związanych z inwestycjami w Niepołomicach i w każdej wszystko było inwestorowi podsunięte pod nos. Nie było żadnej wtopy. Owszem, Kracika nie lubią niektrórzy urzędnicy, bo nie można pod nim świętować kolejnych imienin, wyskakiwać do sklepu, oddając sprawy nieśpiesznemu urzędowemu tokowi czynności. To jest facet pozytywnie zakręcony, któremu się chce, który jest w stanie się spotkać z każdym, kto przynosi coś ciekawego. Majchrowski ma od tego armię wymyślonych przez siebie pełnomocników, żeby samemu zajmować się drzemaniem w gabinecie (znam z autopsji).
Tak więc Majchrowski nie jest prezydentem złym, ale Kracik byłby o niebo lepszym.
Poza tym skoro już rada miasta jest zdominowana przez PO, to wybór Majchrowskiego byłby zafundowaniem miastu klinczu na 4 lata - Majchrowski nie mógłby rozgrywać piłki innymi frakcjami.
W tej sytuacji głos na Kracika oznacza nie tylko poparcie faceta równie kompetentnego jak Majchrowski i bijącego go otwartością oraz dynamizmem, ale i ukrócenie ping-ponga z odpowiedzialnością za wtopy pomiędzy radą a prezydentem.
Siedzę w papierach. Pisanina wciągnęła, klaruje się kształt pracy, nawet miałem problemy ze snem, bo głowę zapełniały problemy natury kompozycyjnej. Dodatkowo motywującym czynnikiem było doklikanie się w uczelnianych zasobach informacji, że mam zaliczone całe studia doktoranckie, choć od trzech lat żyłem w świadomości i z garbem skreślenia z listy studentów. Niestety dzisiaj urlop się kończy, a jutro do roboty. Może się uda skończyć pisanie do końca roku.
Poza tym że siedzę w domu i nie odbieram telefonów, to czasem wychodzimy i lądujemy w różnych knajpach. Np. w "Warsztacie", który jest destynacją domyślną, bez ryzyka, że podadzą nam cokolwiek nad czym nie można by było się rozpływać, a chroniczny brak miejsc jest nam niestraszny, bo jesteśmy mile widziani przy barze.
Bywamy w "Szeptach", których jeszcze rok temu nie znosiliśmy, ale skoro tyle znajomych tam chodzi, to trudno. Co prawda bardzo mi się nie podoba nowy wystrój, a piękny barman nie jest aż taki cudowny jak to by się po paru piwach wydawało, ale może po 15 listopada przynajmniej smród zniknie. BTW, ktoś się tam wybiera na Sylwestra? Podobno motywem przewodnim ma być "diabełki i aniołki" albo na odwrót.
Poza tym sprawdziliśmy zachwalaną "Truflę" przy Pl. Szczepańskim. Żarcie niezłe, kolesie bezpośredni i niezmanierowani, z sali widok na kuchnię i wesołych kucharzy, prosty wystrój. Można tam pójść, choć niekoniecznie. Na Kazimierzu lepiej, taniej, przyjemniej, wszystko na miejscu.
W związku z przyjazdem znajomych dwa tygodnie temu zaliczyliśmy niespodziewanie "Ciemnię" i "Blue XL". W pierwszej już kiedyś byłem, ale klimat niewiele się zmienił. Byłoby obleśnie i nudno, gdybyśmy sami nie uratowali sytuacji dobrze się bawiąc bez względu na okoliczności. Stali bywalcy, śmiertelnie znudzeni sobą nawzajem, toczą ślinę na widok kogokolwiek nowego, choćby i wyjątkowo nieatrakcyjnego. "Blue" jest bardziej sympatyczne i przyjazne, ale było już późno i mieliśmy w czubie, więc za długo nie zabawiliśmy. Rozwalił mnie za to bieda-sling sklecony z czarnej deski podwieszonej na łańcuchach, w dodatku mokrej - nie sprawdzałem od czego.
Przy okazji świętowania nabycia dwóch literek przez m. (którą podziwiamy i której zazdrościmy) dane nam było też zaliczyć "Francuskiego Pieska" we Wrocku. Ładnie tam, choć bez przesady, dania wyglądają świetnie, z pomysłem. Jak na francuską kuchnię dość zaskakujący wydaje się pomysł całkowitej rezygnacji z sosów i JAKICHKOLWIEK przypraw. Choć trzeba przyznać, że akurat związane z przyprawami pieprzniczki i solniczki w postaci figurek piesków różnych ras - na każdym stoliku po jednej - są urocze i stanowią najmocniejszy punkt lokalu. Mimo to nie ratują braku smaku ładnie wyglądającego papu. A może bezwiednie uczestniczyliśmy w performansie, którego celem było wejście w skórę bohatera "Skrzydełka czy nóżki", któremu odjęło ten zmysł w najmniej stosownym momencie?
W końcu wrocławska "Mleczarnia". Nie pamiętam która była pierwsza, ale od krakowskiej o wiele większa i sympatyczniejsza. Oczywiście gdyby wyjąć krakowski mleczarniany ogródek, który według mnie jako jedyny stanowi w sezonie o atrakcyjności tego szyldu w Krakowie.
Dzisiaj mi się śniło przejrzyste powietrze i dobra widoczność. Tak dobra, że gdy weszliśmy na któryś kopiec, to jak na dłoni było widać Tatry. Dopiero zza Tatr wystawała wieża ratuszowa i inne wieże, a dopiero za tymi wieżami była Nowa Huta.
--
Na Kopcu Krakusa byliśmy na rowerach 1.11, a Tatr wypatrywałem nieskutecznie gdy wyjeżdżaliśmy z Krakowa w zeszłą sobotę. Z utęsknieniem wypatrujemy pierwszych śniegów i otwartych wyciągów.